Celem tej strony jest przybliżenie Czytelnikom duchowości oraz mistyki zgodnie z Nauczaniem Kościoła Katolickiego. Publikowanie aktualnych orędzi nie pozostaje w sprzeczności z prawem kościelnym ani nie jest podstawowym celem tej strony.Adam-Człowiek nie jest administratorem bloga.

Modlitwa

W Imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego, Ojca +, Syna + i Ducha + Świętego, uchodźcie duchy złe z tego miejsca, abyście nie widziały, nie słyszały, nie ujawniały, nie niszczyły, nie prześladowały, nie wprowadzały zamieszania do naszej pracy i planów. Nasz Bóg jest waszym Panem i rozkazuje wam, idźcie precz i nie wracajcie tu więcej. Amen. Mocą Twoją Panie Boże, uczyń nas niewidzialnymi dla naszych wrogów.(Za zgoda Kurii Diec. Warszawsko-Praskiej z dnia 8.11.1993 r. nr 184/K/93)

Wiemy dobrze, że Duch tchnie kędy chce (J 3,8). Wiemy też, że Kościół wymaga od wiernych zachowania ustawicznych praw i jeśli często okazuje się ostrożnym i nieufnym względem możliwych złudzeń duchowych u tych, którzy przejawiają niezwykłe fenomeny, to jednak jest i chce być pełen uznania dla doznań nadprzyrodzonych, udzielanych niektórym duszom lub też względem faktów cudownych, które niekiedy Bóg raczy włączać niezwykle do biegu naturalnego zajść życiowych”. papież Paweł VI Audiencja Generalna 29.11.1972

W związku z coraz liczniejszymi pytaniami wyjaśniamy, że nie odpowiadamy za treść, styl i charakter komentarzy i wpisów Administratorów strony wobroniewiaryitradycji. Opiekunem duchowym w/w strony jest ks. dr Adam Skwarczyński i do Niego proszę kierować wszelkie uwagi i zapytania w sprawach Państwa bulwersujących. Nie reagujemy również na insynuacje i pomówienia ze strony Administratorów oraz osób komentujących. Adm
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sł. B abp Fulton Sheen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sł. B abp Fulton Sheen. Pokaż wszystkie posty

Sługa Boży Abp Fulton J Sheen - kapłan na nasze czasy


9 grudnia 1979 r., po wieczną nagrodę do Pana udał się najbardziej chyba znany współcześnie biskup amerykański, Piotr Jan Fulton Sheen. Gość Niedzielny opublikował artykuł, w którym czytamy m.in.:
   W każdy wtorek o godz. 20.00 miliony Amerykanów gromadziły się przed telewizorami, aby oglądać program „Życie warte życia”. Audycję nadawano na żywo z nowojorskiego Adelphi Theater. „30 sekund!” – oznajmiał głos z reżyserki. Publiczność milkła i po chwili na scenie pojawiał się wysoki, dostojny biskup w czarnej sutannie, z piuską na głowie i krzyżem biskupim, z fioletową peleryną narzuconą na ramiona. Kłaniał się, rozbrzmiewały oklaski. Patrząc prosto do kamery, rozpoczynał: „Przyjaciele, dziękuję za to, że pozwoliliście mi przyjść znowu do waszego domu…”. Program Sheena w niczym nie przypominał występów dzisiejszych telewizyjnych kaznodziejów, którzy bazują na emocjach i często oferują „ewangelię” w wersji „lajt (...) Bp Sheen wiedział, że przemawia nie tylko do katolików. Unikał teologicznego żargonu, nie cytował nigdy z kościelnych dokumentów. Wychodził od konkretnych ludzkich pytań i rozterek. Pokazywał, w jaki sposób wiara odpowiada na te problemy i prowadzi do życiowej mądrości. Odwoływał się do zdroworozsądkowej argumentacji, w czym pomagało mu filozoficzne wykształcenie. Mówił zrozumiałym językiem. Co kilka minut rozluźniał atmosferę anegdotą wtrąconą jakby mimochodem. (...) Był tytanem pracy. Przez 16 lat stał na czele amerykańskiego Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary, które dostarczało 2/3 środków finansowych na cele misyjne Kościoła katolickiego. Jego biuro prowadziło korespondencję ze stu tysiącami misjonarzy, wydawało dwa pisma o misjach. (...) Przez całe swoje życie był wierny dwóm postanowieniom: w każdą sobotę odprawiał Mszę św. ku czci NMP z prośbą o opiekę nad jego kapłaństwem; każdego dnia spędzał godzinę na adoracji Najświętszego Sakramentu. Przez 40 lat prowadził kursy dla konwertytów na katolicyzm. Dzięki jego ewangelizacyjnej pasji drogę do Kościoła znalazło wielu ludzi, w tym wiele postaci publicznych: politycy, liberalni myśliciele, komuniści, aktorzy, muzycy, pisarze, milionerzy, złodzieje, szpiedzy. (...)
    Proszę zwrócić uwagę: Biskup Fulton Sheen nie "dialogował" w marynarce i z krzyżem pod pachą. On, ubrany w mundur "generała' Kościoła walczącego, nauczał jak ten, który ma władzę i autorytet. Wychodził po zbłąkane, sparszywiałe owieczki, swoją pasterską lagą chwytał je i przyprowadzał do Chrystusowej Owczarni. I nie posługiwał się wyważonymi, okrągłymi zdaniami, jak dzisiejsi "garniturkowi" elokwentni jezuici w "Między ziemią a Niebem", tylko walił 100% katolicką nauką po oczach i uszach.
    W internecie można znaleźć wiele nagrań kazań i konferencji wygłoszonych przez abpa Fulton Sheena konferencji. choćby taką z 1978 r.:   (...) Ostatnia z pokus diabelskich, która będzie pokusą dla Kościoła przez najbliższe sto lat... a nawet już ją zaczyna być czuć... Szatan mówi: teologia to polityka. Po co sobie zaprzątać głowę jakąś tam teologią? Bogiem... sprawami transcendentnymi... tajemnicą Odkupienia... Jedyne, co się dzisiaj liczy to polityka. I trzymając kulę ziemską, ten jasny glob w swoich rękach, Szatan mówi: wszystkie te królestwa... Są MOJE... Są MOJE. I ja dam ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Czy Szatan kiedykolwiek w swoim życiu powiedział komuś prawdę? Wszystkie królestwa są jego... To było trzecie kuszenie naszego Pana - aby nie troszczyć się o to, co Boskie, a za to zajmować się sprawami społeczno-politycznymi... Powróćmy teraz do sytuacji, gdy nasz Pan nazywa Szymona Piotra "Szatanem". Stało się tak dlatego, że Szatan kusił Pana Jezusa, aby nie dał się ukrzyżować, a słowa Piotra "Panie, nie przyjdzie to na Ciebie" były niczym innym jak tylko właśnie szatańską pokusą... Uznajemy Twoje Bóstwo, ale nigdy nie uznamy Twojego Krzyża! I od tamtego czas po dziś dzień to właśnie jest biblijną esencją satanizmu. Mamy to... Tego ducha... w naszym Kościele... Zauważcie, ile spraw ulega zmianie: zaparcie się samego siebie, dyscyplina w szkołach, w seminariach, próby wprowadzania nieporządków, zakłóceń... książki choćby tylko opisujące zło, prawdziwe lub fikcyjne... są takie w naszych szkołach... to są elementy zaburzające porządek, diaboliczne... Ale zanikanie ducha dyscypliny, posłuszeństwa... to się dzieje z nienawiści do Krzyża. 
    Warto posłuchać i innych konferencji jednego z największych kaznodziei XX wieku. 
    W 1972 r. przemawiając z ambony Abp Fulton Sheen widząc, co się zaczyna wyrabiać w Kościele posoborowym, w krótkich, żołnierskich słowach pozostawił nam swój testament: Na kogo można liczyć, aby uratować nasz Kościół? Nie na naszych biskupów, naszych kapłanów ani członków zakonów. To wasze zadanie, ludu wiernego! Pan Bóg dał wam rozum, oczy i uszy, abyście uratowali Kościół. Wasza misja to pilnować, aby wasi kapłani zachowywali się jak kapłani, biskupi jak biskupi, a zakonnicy jak zakonnicy! 
   Niech sługa Boży Piotr Jan Fulton Sheen wstawia się za nami u Boga, szczególnie w sprawach powrotu porządku, świętości, dyscypliny i ofiary z siebie - do społeczności świętego Kościoła katolickiego, niech oręduje za kapłanami, aby uświęcając siebie mogli uświęcać powierzony sobie lud, co daj Panie Boże. Amen. 


Congregavit nos in unum Christi amor ________________________________

Fatima - Abp Fulton J. Sheen

     Nasz współczesny świat ze swoim wielkim kryzysem rozpoczął się 13 października 1917r. Odwiedzimy szybko trzy miasta, aby zobaczyć, co się wtedy wydarzyło: Moskwę, Rzym i małą wioskę w Portugalii o nazwie Fatima.
   13 października 1917r - Moskwa. Maria Aleksandrowicz, młoda rosyjska szlachcianka, uczyła religii grupę dwustu dzieci w kaplicy Matki Bożej Iwerskiej. Nagle zrobiło się zamieszanie, przez drzwi wdarli się jeźdźcy na koniach, przegalopowali przez środek nawy głównej, sforsowali balaski, zniszczyli ikony, prezbiterium i ołtarz, a potem zaatakowali dzieci, zabijając wiele z nich.
    Maria Aleksandrowicz wybiegła z krzykiem z kaplicy. Wiedząc, że zbliżała się rewolucja i domyślając się, kto jest jej przywódcą, poszła do niego i powiedziała: "Stała się najstraszniejsza rzecz. Uczyłam katechizmu moich uczniów, gdy wdarli się jeźdźcy, napadli na nie i zabili kilkoro z nich". Przywódca rewolucji odpowiedział: "Wiem o tym. Sam ich wysłałem". Tak wyglądało jedno z wydarzeń zwiastujących okropną rewolucję komunistyczną, która od tamtej pory dręczy świat.
    Rzym, 13 października 1917r. - tego samego dnia w południe. Dzwony kościelne biją w całym mieście, ogłaszając radosne wydarzenie: konsekrację biskupa. Jego nazwisko - Eugenio Pacelli - człowiek, który wówczas nie był zbyt znany, lecz który miał pewnego dnia stać się największą duchową siłą na świecie opierającą się rewolucyjnej tyranii komunizmu.
    Po swojej konsekracji, tego samego dnia 13 października 1917r., wrócił do Monachium. Komuniści wszczęli tam rewolucję 7 kwietnia 1917r., pod przywództwem marynarza Rudolfa Egelhofera oraz dwóch bolszewickich komisarzy, Levine'a i Axelroda, którzy zakładali republikę sowiecką. Nazywając siebie Spartanami i powstając pod dowództwem Karla Liebknechta i Róży Luksemburg, uzbrojeni komuniści opanowali ulice. Utworzono Czerwoną Armię, która w samym Monachium 25 kwietnia zabiła 325 osób. Komuniści ostrzelali z broni maszynowej dom człowieka, który, niewzruszony groźbami, wspinał się na ambonę monachijskiej katedry wbrew rozkazom Czerwonego Komitetu. Wreszcie postanowili go zabić. 29 kwietnia o godzinie trzeciej po południu dowódca Seiler z Czerwonej Armii Południa i jego adiutant Brongratz, uzbrojeni w rozkazy Egelhofera, pojawili się u drzwi jego domu z grupą czerwonych marynarzy. Bandyci grożąc służącemu granatami ręcznymi wdarli się do domu i przeszli w kierunku biblioteki, gdzie, z odbezpieczoną bronią, oczekiwali na pojawienie się ich ofiary. Seiler zajął miejsce najbliżej drzwi, z odbezpieczonym pistoletem; żołnierze stali w półkolu; niektórzy z nich również dzierżyli odbezpieczoną broń, inni - ręczne granaty.
   Nagle pojawił się poszukiwany człowiek. Z przekleństwem na ustach, Seiler podniósł swą broń z pistoletem i uderzył nim krzyż pektoralny na piersi owego człowieka. Ta wysoka, szczupła postać chwyciła pektorał i spoglądając w kierunku wyciągniętych broni, powiedziała miękkim, niskim głosem: "W porządku - zabijcie mnie! Lecz nic nie zyskacie. Próbuję jedynie ocalić Niemcy".
   Pod wpływem spojrzenia tych uduchowionych oczu nikt nie odważył się pociągnąć za spust. Ani Seiler, ani Brongratz, ani żaden z żołnierzy nie wiedział, dlaczego nie strzelali; gdy wrócili do kwatery głównej, nie byli w stanie wyjaśnić Egelhoferowi, dlaczego nie zabili tego człowieka. Nigdy nie udało im się wyjaśnić, dlaczego para oczu, szczupła postać trzymająca krzyż i miękki głos miały większą moc niż ich broń, granaty i rozkazy. Tylko jedna rzecz była absolutnie pewna. Od tego dnia ów człowiek nie bał się absolutnie niczego na świecie. Jego imię? Eugenio Pacelli, przyszły papież Pius XII.
   Tamten krzyż pektoralny, który nosił on tamtego dnia, ja mam na sobie dzisiejszego wieczoru. Pius XII dał go swojemu szanownemu przyjacielowi, Jego Eminencji Kardynałowi Spellmanowi, który pożyczył mi go do dzisiejszego programu.
   13 października 1917r. niedaleko małej wioski Fatima zebrało się troje małych dzieci, Łucja, Hiacynta i Franciszek, oczekując objawienia. Powiedzieli, że Maryja, Matka Boga, objawiła się im. Nie było w tym nic dziwnego, nie tylko dlatego, że przez Nią przyszedł na świat Nasz Pan, nie tylko dlatego, że przez Nią zdziałał Swój pierwszy cud i nie tylko dlatego, że z Krzyża polecił On nas Jej swoimi łaskawymi słowami: "Oto Matka twoja", lecz przede wszystkim dlatego, że będąc Matką rodzaju ludzkiego, po matczynemu powinna ona troskać się naszymi kłopotami w dwudziestym stuleciu.
    Dzieci powiedziały, że Pani objawiła się im już wcześniej, 13 kwietnia, 13 maja, 13 czerwca, 13 lipca, 19 sierpnia i 13 września. Podczas tych poprzednich objawień zostało powiedziane coś bardzo interesującego, co pokaż, że to, co się dzieje z naszym światem zdeterminowane jest w większym stopniu przez sposób w jaki żyjemy niż przez politykę.
    Pani powiedziała, że obecna Wojna Światowa, która była I wojną światową, skończy się za trochę więcej niż rok. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w Wielki Piątek tego roku. Istotnie, wojna zakończyła się trochę później niż za rok, 11 listopada 1918r.
    Pani powiedziała dzieciom, że nastąpi era pokoju na świecie, jeśli tylko świat powróci do Boga; w tym celu Rosja miała się nawrócić. Lecz dodała: "Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, nastąpi inna, gorsza Wojna Światowa rozpocznie się za pontyfikatu następnego Papieża." To, jak zostało ujawnione, była Wojna Domowa w Hiszpanii. II wojnie światowej można było zapobiec przez pokutę, modlitwę i powrót do Boga. W przypadku, gdyby świat nie powrócił do Boga, Dziewica przepowiedziała kolejną Wojnę Światową: "Rosja będzie rozprzestrzeniać swe błędy na świecie, wywołując wojny i prześladowania. Dobrzy ludzie będą poddani męczeństwu, Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć, a różne narody ulegną unicestwieniu".
    Błogosławiona Dziewica obiecała dzieciom, że 13 października 1917r. da Ona znak świadczący o prawdziwości Jej objawień. Tego deszczowego dnia zebrało się w Fatimie 70.000 ludzi, czekając na znak. Większość z nich była niewierząca. W tamtych czasach Portugalia była anarchistycznym, komunistycznym, antyklerykalnym i ateistycznym narodem. Większość ludzi przygnała tam ciekawość, a nie wiara. Wątpili, że cokolwiek się stanie, lecz dzieci zapewniły je, że Niebiańska Pani pokaże wielki znak jako dowód, że istotnie objawiła się im. Ten dowód jest odtąd znany jako "Cud Słońca". Świadectwo tych 70.000 ludzi oraz zapisy w ateistycznych i anarchistycznych gazetach z tamtych dni, które czytałem, potwierdzają fakt, który miał miejsce. Jedna z anarchistycznych gazet podała, że miał miejsce cud słońca, wyrażając nadzieję, iż nikt nie będzie interpretował tego w Boski sposób.
     Błogosławiona Matka najpierw objawiła się dzieciom, a następnie wskazała na słońce, które ukazało się w szczelinie w chmurach. Słońce zdawało się niemal oddzielać od niebios i stało się wielką srebrną kulą strzelającą iskrami we wszystkich kierunkach, zdawało się ono zstępować ku ziemi, jakby miało spaść w postaci opadów na ludzi. Natychmiast wszyscy oni wydali okrzyk ku Bogu i pogrążyli się w modlitwie i błaganiach, żalu i skrusze. Trzy razy słońce stawało się wirującą masą połyskującego srebra i kręcąc się wokół własnej osi, rzucało promienie wielokolorowego światła opadając i zygzakując ku ziemi. Tłum tłoczył się w przerażeniu i wołał o miłosierdzie, gdyż zdawało się, że płynna masa ich zniszczy. I mimo iż przez cały dzień padał deszcz, po tym jak cud słońca powtórzył się trzy razy, wszyscy odkryli, że ich ubrania były suche.
    Od tego czasu Fatima stała się miejscem spotkania wszystkich ludzi świata, którzy wierzą, że pokój tworzy się nie przy stołach polityków, ale gdzie indziej. Niebieska Pani powiedziała im, że pokój zależał od modlitwy, pokuty i ofiary. 13 października 1951r. byłem w Fatimie, gdy ludzie zgromadzili się tam na modlitwie o pokój. Zgromadzili się tam już w poprzedni wieczór mimo zimnego deszczu tak typowego dla portugalskich szczytów gór; przez całą deszczową noc stali oni lub klęczeli na modlitwie o pokój na świecie. Zostałem z nimi do trzeciej w nocy, gdy zaoferowano mi składane łóżko. Lecz nie mogłem spać. Luksus składanego łóżka jest nie do zniesienia, gdy milion osób czuwa przez całą noc na modlitwie błagając o pokój dla udręczonego wojną świata. Jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, było wstać z łózka i modlić się z nimi przez całą noc o pokój na świecie.
    Następnego ranka, gdy statua Matki Bożej Fatimskiej niesiona była przez tłum, ów milion ludzi machał białymi chusteczkami niczym białymi flagami czystości, w hołdzie dla Królowej Pokoju. Myśli powędrowały natychmiast od tego Białego Placu Fatimy ku Placowi Czerwonemu w Moskwie, gdzie były flagi czerwone od krwi ofiar. Czuło się, że Biały Plac daje jedyną możliwą odpowiedź Placowi Czerwonemu. Zdawało się, że komunistyczny sierp i młot zaczyna podlegać ogromnej zmianie. Młot, który rozłupał tak wiele domów i sprofanował tak wiele świątyń zostanie pewnego dnia, w cnocie takiej modlitwy i pokuty, podniesiony do góry przez miliony ludzi i zacznie wyglądać jak krzyż; sierp, którego komuniści używali, aby przeciąć ludzkie życie niczym niedojrzałą pszenicę, pewnego dnia również zmieni swoją symbolikę i zacznie wyglądać jak "księżyc pod stopami Niewiasty".
   II wojna światowa nie miałaby miejsca, gdyby ludzie powrócili do Boga. III wojna światowa nie musi wybuchnąć i nie wybuchnie, jeśli my jako naród powrócimy do Boga. Jeśli na świecie panuje zimna wojna, dzieje się tak dlatego, że nasze serca i dusze nie są przepełnione ogniem miłości Boga. 
   Warto jednakże spytać, dlaczego Wszechmogący Bóg w Swoich opatrznościowych relacjach ze wszechświatem uznał za stosowne, aby dać nam objawienie Swojej Błogosławionej Matki, aby przywrócić nas do modlitwy i pokuty.
    Jeden powód natychmiast przychodzi na myśl. Ponieważ świat utracił Chrystusa, może być tak, że odzyska Go przez Maryję. Gdy nasz Zbawiciel zgubił się w wieku 12 lat, znalazła Go Jego Matka. Ponieważ znowu został zgubiony, być może właśnie przez Maryję świat odzyska swojego Zbawiciela. Inny powód jest taki, że Boska Opatrzność dała niewieście moc pokonania zła. Owego pierwszego strasznego dnia, gdy zło zostało wprowadzone do świata, Bóg przemówił do węża w ogrodzie Edenu i powiedział: "Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę" (Rdz 3:15). Innymi słowy, zło będzie miało potomstwo i nasienie. Również dobro będzie miało potomstwo i nasienie. To przez moc niewiasty zło będzie pokonane. Żyjemy teraz w godzinie zła, gdyż - ponieważ do dobra należy dzień - zło ma swoją godzinę. Nasz Zbawiciel powiedział to w noc, w którą Judasz przyszedł do ogrodu: "To jest wasza godzina i panowanie ciemności" (Łk 22:53). Wszystko, co zło może zrobić w ową godzinę, to wygasić światła na świecie; lecz to właśnie może zrobić. Jeśli zatem żyjemy w godzinie zła, jak moglibyśmy pokonać ducha szatana, jeśli nie przez moc owej Niewiasty, której Wszechmocny Bóg dał polecenie, aby zmiażdżyła głowę węża? 
Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Life is Worth Living", 1999r., str. 202-207.
Congregavit nos in unum Christi amor ________________________________

Czyściec Abp Fulton Sheen

Istnieje jedno słowo, które dla współczesnego ucha brzmi nierealnie, fikcyjnie, a nawet traktowane jest jako absurdalny element chrześcijańskiej wizji świata - tym słowem jest "Czyściec". Choć chrześcijański świat wierzył weń przez szesnaście stuleci, w ostatnich trzech wiekach przestał był postrzegany jako wierzenie poza Kościołem i był postrzegany jedynie jako wytwór wyobraźni a nie jako owoc zdrowego rozsądku i inspiracji.
  Prawdziwe jest stwierdzenie, że wiara w Czyściec zmniejszyła się wprost proporcjonalnie do stopnia, w jakim współczesny umysł zapomniał o dwóch najważniejszych rzeczach w świecie: o Czystości Boga i ohydzie grzechu. Gdy przyjmie się obie te podstawowe prawdy, nie da się uciec od doktryny o Czyśćcu.
  Czymże jest Czyściec, jeśli nie miejscem lub stanem tymczasowej kary dla tych, którzy zakończyli to życie w Bożej łasce, lecz nie są całkowicie wolni od win powszednich lub nie w pełni wynagrodzili za swoje grzechy? Czyściec jest miejscem, w którym Boża Miłość łagodzi Bożą Sprawiedliwość i zarazem miejscem, w którym ludzka miłość łagodzi ludzką niesprawiedliwość.
   Po pierwsze, Czyściec jest miejscem, w którym Boża Miłość łagodzi Bożą Sprawiedliwość. Potrzeba [istnienia] Czyśćca zasadza się na absolutnej czystości Boga. W księdze Apokalipsy czytamy o nieskończonym pięknie Jego Miasta, o czystym złocie, o jego ścianach z jaspisu i o jego świetle bez skazy, które nie pochodzi od słońca ani od księżyca, ale jest światłem Baranka zarżniętego na początku świata. Dowiadujemy się także o warunku [jaki należy spełnić] aby wejść do bram owego Niebiańskiego Jeruzalem: "A nic nieczystego do niego nie wejdzie, ani ten, co popełnia ohydę i kłamstwo, lecz tylko zapisani w księdze życia Baranka." (Ap. 21:27)
   Sprawiedliwość wymaga, aby nic nieczystego, a jedynie [osoby] czystego serca mogły stanąć przed obliczem czystego Boga. Gdyby nie było Czyśćca, wówczas Sprawiedliwość Boża byłaby niewypowiedzianie straszna, gdyż któż odważyłby się twierdzić, że jest wystarczająco czysty i dostatecznie bez skazy, aby stanąć przed Niepokalanym Barankiem Bożym? Męczennicy, którzy spryskali piaski Koloseum swoją krwią, dając świadectwo swej wiary? Z całą pewnością! Misjonarze tacy jak św. Paweł, którzy poświęcali się i zostali poświęceni dla szerzenia Ewangelii? Bez wątpienia! Święci klauzurowi, którzy w ciszy dobrowolnej Golgoty stają się męczennikami pozbawionymi uznania? Zdecydowanie tak! 
   Lecz są to chwalebne wyjątki. Ileż milionów osób umarło z duszami zbrukanymi grzechem powszednim, duszami, które poznały zło i poprzez swe silne postanowienie odwróciły się od niego, by dźwigać ze sobą, niczym ołowiany ciężar, słabość swojej przeszłości?
   W dniu, w którym zostaliśmy ochrzczeni, Kościół nałożył na nas białą szatę, nakazując nam: "Weźmij białą szatę i donieś ją nieskalaną przed trybunał Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyś miał życie wieczne". Ilu z nas zachowało tę szatę nieskalaną w trakcie swojego życia i niezbrukaną przez grzech, abyśmy natychmiast po śmierci mogli wstąpić do odzianej w białe szaty armii Króla?
   Jak wiele dusz oddających życie ma odwagę powiedzieć, że opuszczają je bez nadmiernego przywiązania do stworzeń i że nigdy nie były one winne zmarnowanego talentu, drobnej chciwości, niemiłosiernego czynu, zaniedbania świętego natchnienia lub choćby próżnego słowa, z którego każdy z nas będzie musiał złożyć rachunek? Jak wiele dusz zbieranych jest, niczym jesienne kwiaty, na łożu śmierci, z odpuszczonymi grzechami, lecz z nieodpuszczonym długiem zaciągniętym za te grzechy?
  Weźmy na przykład któregokolwiek z naszych narodowych bohaterów, których imiona czcimy i których czyny naśladujemy. Czy jakikolwiek Anglik lub Amerykanin, który wie coś o Czystości Boga, niezależnie od tego jak bardzo kocha i podziwia cnoty Lorda Nelsona lub Waszyngtona, naprawdę wierzy, że którykolwiek z nich był w momencie śmierci wolny od drobnych win, aby móc natychmiast stanąć przed obliczem Boga? Czyż ten sam nacjonalizm, który uczynił ich obu bohaterami wojennymi, nie mógł w pewien sposób sprawić, że w sekundzie po śmierci okazało się, iż nie pasują do owego prawdziwego internacjonalizmu Niebios, w których nie ma ani Anglika, ani Amerykanina, Żyda ani Greka, Barbarzyńcy ani Wyzwoleńca, lecz wszyscy są jednym w Chrystusie Jezusie naszym Panu?
   Wszystkie te dusze, które umarły ogarnięte miłością Bożą, są pięknymi duszami, lecz gdyby nie było Czyśćca, wówczas - z powodu swoich drobnych niedoskonałości - musiałaby one zostać odrzucone bez litości przez Bożą Sprawiedliwość. Gdyby nie było Czyśćca, wówczas Bóg nie mógłby tak łatwo wybaczać, gdyż jakże akt żalu nad grobem mógł wynagrodzić trzydzieści lat grzeszenia? Gdyby nie było Czyśćca, nieskończona Sprawiedliwość Boga musiałaby zamknąć Niebo przed tymi, którzy postanowili spłacić swe długi, lecz nie spłacili jeszcze ostatniego grosza.
  Dlatego mówię, że Czyściec jest miejscem, w którym Boża Miłość łagodzi Bożą Sprawiedliwość; Bóg tam przebacza, gdyż ma On czas, aby dokonać retuszu tych dusz za pomocą Swego Krzyża, aby ociosać je za pomocą dłuta cierpienia, tak aby mogły pasować do wielkiej duchowej budowli Niebieskiego Jeruzalem, aby zanurzyć je w owo oczyszczające miejsce, gdzie mogą one uprać swe poplamione szaty chrzcielne, by móc wejść w niebiańską czystość bez skazy; aby wskrzesić je niczym feniksa z popiołów ich własnych cierpień, aby, niczym zranione orły uzdrowione przez magiczny dotyk oczyszczających płomieni Boga, mogły wzbić się ku Niebu, do miasta czystości, gdzie Chrystus jest Królem, a Maryja Królową, ponieważ - niezależnie od tego, jak banalne było ich przewinienie, Bóg nie przebacza bez łez, a w Niebie nie ma łez.
  Z drugiej strony Czyściec jest miejscem, w którym nie tylko Boża Miłość łagodzi Bożą Sprawiedliwość, lecz gdzie również ludzka miłość łagodzić może ludzką niesprawiedliwość.  Sądzę, że większość mężczyzn i kobiet nie zdaje sobie sprawy z niesprawiedliwości i niewdzięczności swojego życia, dopóki śmierć nie położy swej dłoni na tych, których kochają. To wtedy i tylko wtedy uświadamiają oni sobie (i to z jakże wielkim żalem!), jak nędzna była ich miłość i uprzejmość.
  Jednym z powodów, dla których najbardziej gorzkie łzy wylewane są nad grobami, są niewypowiedziane słowa i czyny niedokonane. "To dziecko nigdy nie wiedziało, jak bardzo je kochałem". "Nigdy nie wiedział, ile dla mnie znaczył". "Nigdy nie wiedziałem, jak bardzo był mi drogi, dopóki go nie zabrakło". Takie słowa są niczym zatrute strzały, które okrutna śmierć celuje w nasze serca u progu każdego grobu. Ach, wtedy zdajemy sobie sprawę, jak dalece inaczej byśmy postępowali, gdyby zmarły mógł powrócić. Łzy wylewane są na próżno przed oczami, które już nie widzą, pieszczoty pozostają bez odpowiedzi ramion, które nie mogą już objąć, a westchnięcia nie wzruszą serc tych, których uszy już ogłuchły.
  Ach, te katusze [które cierpimy] przez niepodarowanie kwiatów, zanim nadeszła śmierć, przez niepalenie kadzideł, gdy ukochana osoba wciąż żyła i przez niewypowiedzenie miłych słów, które teraz muszą obumrzeć w powietrzu. Ach, ten żal na samą myśl, że nie możemy wynagrodzić skąpych dowodów uczuć, jakie im dawaliśmy, lekceważących reakcji na ich prośby i braku szacunku okazanego temu, który był być może najdroższą osobą, jaką Bóg nam dał. Niestety, za późno! Na nic podlewanie zeszłorocznych zbiorów, na nic zastawianie sideł na ptaka, który odleciał; na nic zrywanie róż, które zeschły i umarły.
  Czyściec jest miejscem, w którym Boża Miłość łagodzi Bożą Sprawiedliwość lecz również w którym ludzka miłość łagodzi ludzką niesprawiedliwość, gdyż pozwala ono sercom, które pozostały [na ziemi] przełamać barierę czasu i śmierci, przekształcić niewypowiedziane słowa w modlitwy, niewypalone kadzidło w ofiarę, niepodarowane kwiaty w jałmużnę i niedokonane uczynki miłosierdzia w pomoc do życia wiecznego.
  Gdyby nie było Czyśćca, jak gorzki byłby nasz smutek z powodu naszej nieżyczliwości i jak przeszywający byłby żal za nasze roztargnienie. Gdyby nie było Czyśćca, jakże bez znaczenia byłyby nasze Dni Pamięci, gdy czcimy pamięć naszych zmarłych. Gdyby nie było Czyśćca, jakże puste byłyby nasze wieńce, nasze skłonione głowy i minuty pamięci. Lecz jeśli istnieje Czyściec, wówczas skłoniona głowa natychmiast ustępuje miejsca zgiętemu kolanu, chwila ciszy ustępuje chwili modlitwy, a blaknący wieniec - ciągłemu składaniu Ofiary Bohatera nad bohatery, Chrystusa.
  Czyściec zatem pozwala nam wynagradzać za naszą niewdzięczność, ponieważ przez nasze modlitwy, umartwienia i ofiary, pozwala on nieść radość i pocieszenie tym, których kochamy. Miłość jest silniejsza niż śmierć i dlatego powinniśmy miłować tych, którzy odeszli przed nami. Jesteśmy potomkami ich życia, zebranym owocem ich pracy, troską ich serc.
  Czy śmierć powinna przerwać naszą wdzięczność, czy grób powinien uciąć naszą miłość i czy chłodna bryła ziemi powinna powstrzymać nas przed wynagrodzeniem naszej niewdzięczności? Kościół zapewnia nas, że mimo iż nie jesteśmy w stanie dać im więcej w tym świecie, gdyż już z niego nie są, możemy wciąż wypatrywać ich w rękach Bożej Sprawiedliwości, zapewniać ich o naszej miłości i wypraszać im odkupienie.
  Podobnie jak człowiek, który choć umarł pogrążony w długach i ściągnął na siebie złorzeczenia swoich wierzycieli, które towarzyszą mu do grobu, może odzyskać swoje dobre imię i szacunek dzięki pracy swego syna, który spłaci ostatni grosz, tak również dusza przyjaciela, który zmarł winny Bogu pokuty może uzyskać darowanie jej dzięki nam, którzy przekuwamy złoto codziennego czynu w duchową monetę, którą opłacić można odkupienie.
  Te dusze, które odeszły, trafiają do tygli Boga niczym skażone złoto, którego skaza wypalana jest w płomieniach miłości. Te dusze, które nie umarły w nieprzyjaźni z Bogiem, lecz upadły zranione na polu walki życia walcząc o zwycięstwo w Jego sprawie, nie mają siły, aby opatrzyć swe rany i zaleczyć swe blizny; to my, którzy wciąż jesteśmy silni i zdrowi, przyoblekłszy zbroję wiary i wziąwszy tarczę zbawienia, mamy opatrzyć ich rany i zaleczyć blizny, aby mogli oni wstąpić w szeregi zwycięzców i maszerować w procesji zdobywców. Możemy być pewni, że jeśli grosz, który daje chleb głodnemu ciału, wyzwoli duszę ku Stołowi naszego Pana, nigdy nie zapomni ona o nas, gdy wejdzie do ojczyzny zwycięstwa.
  Pozostając wciąż w zamknięciu więzienia oczyszczających płomieniu, dusze te słyszą głosy aniołów i świętych, którzy wzywaj ich do ich prawdziwej ojczyzny, lecz nie są one zdolne zerwać łańcuchów, gdyż ich czas [gromadzenia] zasług już przeminął.
  Z pewnością Bóg nie może pozostać niepomny żony, która oferuje swoje zasługi za uwięzioną duszę męża czekając na jego wyzwolenie. Z pewnością miłosierdzie Boga nie pozwoli Mu być głuchym na dobre uczynki matki, która oferuje je w intencji uwolnienia jej potomstwa, które zostało splamione grzechami tego świata. Z pewnością Bóg nie zakaże takiej komunikacji żywych z umarłymi, gdyż akt Odkupienia zagwarantował takie przenoszenie zasług przez Chrystusa. 
  Zechciejmy więc odpowiadać na błagania nie tylko naszych krewnych i przyjaciół, lecz również tej wielkiej masy nieuzbrojonych wojowników Kościoła Cierpiącego, wciąż noszących poszarpane szczątki grzechu, lecz którzy - pragnąc móc przyodziać swą duszę w królewskie szaty, stosowne, by wejść do Pałacu Króla, zanoszą do naszych czułych serc to żałosne i rzewne błaganie: "Zlitujcie się, przyjaciele, zlitujcie, gdyż Bóg mnie dotknął swą ręką" (Hi 19:21).

Króluj nam Chryste

Congregavit nos in unum Christi amor________________________________

Ks. Abp. Fulton J. Sheen - pokora

Główną przyczyną wewnętrznej nieszczęśliwości jest egotyzm lub samolubstwo. Ten, kto przydaje sobie ważności przez samochwalstwo, dowodzi tylko swojej bezwartościowości. Pycha jest próbą stworzenia wrażenia, że jesteśmy kimś, kim tak naprawdę nie jesteśmy.

O ile bardziej szczęśliwi byliby ludzie, gdyby - zamiast wywyższać swe ego - zredukowali je do zera. Odnaleźliby wówczas prawdziwą nieskończoność dzięki najrzadziej spotykanej spośród cnót: pokorze. Pokora jest prawdą o was samych. Człowiek, który ma sześć stóp wzrostu, lecz który mówi: "Mam jedynie pięć stóp wzrostu" nie jest pokorny. Dobry pisarz nie jest pokorny, jeśli mówi: "Jestem jedynie pisarzyną". Powyższe zdania wypowiadamy po to, aby ktoś im zaprzeczył i abyśmy w efekcie mogli usłyszeć pochwałę. Prawdziwie pokorny człowiek to ten, który mówi: "Jakikolwiek talent posiadam, jest on darem Boga i dziękuję Mu za ów dar". Im wyższy jest budynek, tym głębsze są jego fundamenty; im większe są wyżyny moralne, do których aspirujemy, tym większa [musi być] pokora. Jak powiedział Jan Chrzciciel: "Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał". Kwiaty pokornie odchodzą zimą, aby zobaczyć korzenie swej matki. Martwe dla świata, znajdują schronienie w pokornej pokorze, niewidzialne dla ludzkich oczu. Lecz ponieważ upokorzyły się one, są one wywyższone i wysławiane, gdy nadchodzi nowa wiosna.
    Tylko wtedy, gdy pojemnik jest pusty, może on zostać napełniony; tylko gdy ego sflaczeje, Bóg może wlać w nie Swoje błogosławieństwa. Niektórzy są już do tego stopnia wypełnieni swoim własnym ego, że nie ma w nich miejsca na miłość bliźniego lub miłość Boga. Przez to, że wciąż szukają swego, [mają oni poczucie, że] inni ich czegoś pozbawiają. Lecz pokora sprawia, że otwieramy się na dary innych. Nie możesz dać, o ile ja [tego] nie przyjąłem. Dawcy istnieją dzięki biorcom. Podobnie Bóg, aby mógł się stać Dawcą, musi znaleźć biorcę. Lecz jeśli człowiek nie jest wystarczająco pokorny, aby przyjąć dary od Boga, nie dostanie niczego.
   Pewien człowiek opętany przez diabła został przyprowadzony do jednego z Ojców Pustyni. Gdy święty rozkazał diabłu, aby odszedł, diabeł spytał: "Jaka jest różnica między owcami i kozłami, które Pan posadzi po Swojej prawicy i Swojej lewicy w dniu Sądu?". Święty odpowiedział: "Jestem jednym z tych kozłów". Diabeł powiedział: "Odchodzę z powodu twojej pokory". 
   Wielu mówi: "Pracowałem przez lata dla innych i nawet dla Boga i co z tego mam? Wciąż jestem niczym". Odpowiedź [na ich pytanie] brzmi: zyskali coś oni: zyskali oni prawdę o swojej małości - i, oczywiście, wielkie zasługi w przyszłym życiu. Pewnego dnia dwóch mężczyzn siedziało w powozie. Jeden z nich powiedział: "W tym powozie nie ma wystarczająco dużo miejsca dla ciebie". Drugi odparł: "Jeśli będziemy się miłować trochę bardziej, miejsca wystarczy". Spytaj człowieka: "czy jesteś świętym?" Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, możesz być pewien, iż nie jest on świętym.

Pokorny człowiek skupia się na swoich własnych błędach, a nie na błędach innych; nie widzi on w swoich bliźnich niczego, z wyjątkiem rzeczy dobrych i cnotliwych. Nie nosi on swoich błędów na plecach, lecz ma je on przed swoimi oczami. Ułomności bliźnich niesie on natomiast w worku na plecach, aby ich nie widzieć. Pyszny człowiek, przeciwnie, narzeka na wszystkich i jest przekonany, że został on skrzywdzony lub potraktowany nie tak dobrze, jak zasługuje. Gdy człowiek pokorny zostanie potraktowany źle, nie narzeka on, gdyż wie, iż i tak został potraktowany on lepiej niż na to zasługuje. Z duchowego punktu widzenia, człowiek, który pyszni się swoją inteligencją, talentem lub głosem i nigdy nie dziękuje za nie Bogu, jest złodziejem; wziął on dary on Boga i nie oddał honoru Dawcy. Kłosy jęczmienia, które dźwigają najobfitsze ziarno, zawsze zwisają najniżej. Pokorny człowiek nigdy nie poddaje się zniechęceniu, lecz pyszny człowiek często popada w rozpacz. Pokorny człowiek zawsze ma Boga, którego może wezwać; człowiek pyszny ma tylko swoje własne ego, które się załamało.

Jedną z najpiękniejszych modlitw o pokorę jest modlitwa ułożona przez świętego Franciszka: 
Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju.
Tam, gdzie nienawiść - pozwól mi siać miłość,
gdzie krzywda - przebaczenie,
gdzie zwątpienie - wiarę,
gdzie rozpacz - nadzieję,
gdzie mrok - światło,
tam gdzie smutek - radość.
Spraw, Panie, abym nie tyle szukał pociechy,
ile pociechę dawał;
nie tyle szukał zrozumienia, co rozumiał,
nie tyle był kochany, ile kochał.
Albowiem dając - otrzymujemy,
przebaczając - zyskujemy przebaczenie,
a umierając - rodzimy się do życia wiecznego.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

http://abp-fulton-j-sheen.blogspot.com/2013/01/pokora.html 
Congregavit nos in unum Christi amor ________________________________